Archive Page 2

Serwis „Ateliora” – galeria zdjęć, edytor, narzędzie prezentacyjne

Chciałem dzisiaj przedstawić nowy serwis dla fotografów o nazwie „Ateliora„. Ateliora to ciekawa inicjatywa, która łączy archiwizację zdjęć, z ich prezentacją i edycją. O ile sama warstwa galeryjna nie jest czymś nowym i istnieje wiele serwisów tego typu, to szczególnie ciekawie wygląda edytor i moduł prezentatora. Tego typu narzędzi w polskim internecie nie było do tej pory zbyt wiele. Dodatkową zaletą serwisu jest orientacja na bardziej zaawansowanych użytkowników i pasjonatów fotografii (wyszukiwanie po metadanych, przygotowanie portfolio, optymalizacja wyświetlania na monitorach o dużej rozdzielczości, przyjmowanie plików TIFF, duży limit wielkości pliku – 25MB).

Serwis powstał we Wrocławiu i miałem okazję poznać jego twórców. Nasze spotkanie zaowocowało współpracą w ramach działu porad. Niedługo ma się też pojawić cykl felietonów „Jak zostać sławnym fotografem”, w których mam nadzieję, że uda mi się nieco ironicznie przedstawić świat fotografii.

Serwis funkcjonuje obecnie w wersji BETA i obowiązuje w nim tylko jeden, darmowy abonament (do 2500 fotografii oraz dostęp do większości funkcjonalności portalu). Docelowo pojawią się opcje płatne, oferujące rozbudowane możliwości. Dzięki aktywnemu uczestnictwu w obecnej wersji serwis można zagwarantować sobie darmowy abonament na 3 lata. Oczywiście zawsze będzie dostępna wersja bezpłatna.

Zachęcam do testowania i przesyłania uwag twórcom. Wielu z Was często pyta o polskie wersje programów i serwisów, które prezentuje na blogu. Ateliora może się okazać ciekawą alternatywa dla serwisów zagranicznych, a przy okazji, póki jest w wersji BETA można wpłynąć na jej ostateczny kształt.

Reklamy

Klisze jak winyle

Kilka miesięcy temu, porządkując piwnicę znalazłem cztery rolki filmu. Jeden Kodak Tri-X 400 i trzy Agfy RSXII 50. W czeluściach piwnicy czai się jeszcze chemia Agfy i Tetenala, powiększalnik, kuwety i inne utensylia związane z tradycyjną obróbką zdjęć. Ach ten Tri-X w D-76 1+1. Czerwone światło lampy ciemniowej. Niepowtarzalny moment pojawiania się obrazu na papierze zanurzonym w wywoływaczu. Dzisiaj nie ma już takiej nostalgii, jak kiedyś ;-)

Kilka tygodni temu przeczytałem z kolei tą wiadomość – Młodzi wracają do aparatów analogowych. Szczerze mówiąc nie zdziwiłem się bardzo. Starych do klasyki pcha nostalgia, młodych nonkonformizm. Dodatkowo zaś – ” (..) aparaty cyfrowe są dobrze zadomowione na rynku od 10 lat i olbrzymia część młodzieży nigdy nie robiła zdjęć na filmie. Film jest dla nich nowością i przez to stanowi atrakcję”.

Kilka dni temu spotkałem zaś kolegę fotoreportera, z gatunku tych co regularnie wymieniają migawki w swoich aparatach, gdy te znowu dobrną do granic swoich przebiegów. Siedział na murku z tradycyjnym aparatem i polował na moment. Polował, a nie pstrykał, bo tak jak myśliwy miał ograniczony zapas amunicji (młodzieży przypominam, że rolka filmu małoobrazkowego ma 36 klatek). Gdy zapytałem, jaki to film odpowiedział, że nawet nie do końca pamięta, że coś z przeceny za kilka złotych. W końcu, gdyby chciał perfekcyjnej jakości wziąłby cyfrę. W tradycyjnej kliszy szuka zaś niedoskonałości, nawet tych wynikających z przeterminowania.

Nie wiem jeszcze co zrobię z moim znaleziskiem. Nie pociąga mnie, tak modna dzisiaj estetka Łomografii, czy symulujące je filtry z Instagrama i Hipstamatica. Nie przeszkadzają mi, bo zawsze uważałem, że fotografia ma być źródłem zabawy, ale to nie to. Szybkie focenie odjechanych zdjęć daje jednak czystą, grafomańską przyjemność, której sam nieraz ulegałem. Może po prostu załaduję film do aparatu i wyjdę na miasto. Jedyny problem to późniejsza obróbka. Ze slajdem Agfy problemów być nie powinno. Do Tri-X’a trzeba by odkurzyć koreks. Tylko, czy jeszcze mi się chce? W końcu, żeby pochwalić się efektem i tak będę musiał filmy zeskanować. Koło się zamknęło. Nawet audiofile powoli przekonują się do muzyki zapisywanej w formacie MP3, ACC, czy FLAC.

Cyfra ma przecież wiele zalet. Brakuje jej jednak dwóch niegdysiejszych wad analoga, które teraz stały się jego zaletami. Te dwie wado-zalety to nieprzewidywalność i celebracja.

A czy wyjdzie? A co by było gdyby? Skończyła się rolka, ale może to i dobrze? Gdzie mój słoik z filmami, przecież stał w lodówce obok mleka? D-76, czy ID-11? Ludwik, czy Fotonal? Postukać w koreks, czy jeszcze zamieszać? Czy ktoś się kąpie, bo muszę zaciemnić łazienkę? Gdzie są żabki i sznurek do rozwieszenia odbitek? Dajcie to mleko, bo mi opary chemii gardło sponiewierały!

Fotografia dla początkujących, a nawet opornych (Część 1)

Dzisiejszym wpisem chciałbym rozpocząć nowy cykl, uzupełniający sekcję z poradami na moim blogu. Roboczo nazwałem go „Fotografia dla początkujących, a nawet opornych”, a pierwsza część będzie o zupełnych podstawach tworzenia obrazu fotograficznego. Cykl ten powstaje w odpowiedzi na częste, bardzo podstawowe pytania zadawane przez czytelników bloga i słuchaczy moich kursów, które dowodzą, że można mówić o przesłonach, czasach, matrycach i czułościach, ale to nadal nie tłumaczy co, jak i gdzie. To co napiszę poniżej będzie bardzo uproszczone, czasami nie pokrywające się idealnie z optyczno-fizyczną istotą fotografii, ale mam nadzieję, że dobrze wyjaśni jak powstaje obraz w aparacie fotograficznym i co z tego wynika. Zaczynamy więc.

Fotografia, czyli wiaderko pełne światła.

W fotografii podstawą jest światło i jego rejestracja na materiale światłoczułym. Zastąpmy jednak światło wodą a aparat wiaderkiem. Być może wtedy trochę lepiej zrozumiemy jak to się wszystko dzieje.

Przede wszystkim, co wcale nie jest takie oczywiste, matryca aparatu cyfrowego lub film ma tylko jeden optymalny stan naświetlenia. Jest wiaderkiem, które gdy jest puste daje obraz czarny, a gdy pełne biały, a pozostałe odcienie to stany pośrednie. Innymi słowy, żeby oddać dobrze białą ścianę trzeba napełnić całe wiaderko, a kolor skóry, czy zieleń drzew, odpowiednio mniej (jedną trzecią, czy pół wiaderka). Gdzie więc leży problem?

Podstawowym problemem jest fakt, że wodę do wiaderka łapiemy z otoczenia i zwykle nie mamy wpływu na to jak szybko i ile jej leci. To jakbyśmy stanęli z wiaderkiem pod wodospadem, albo w deszczu i próbowali załapać odpowiednią ilość. Wodospad napełni nam wiaderko prawie natychmiast, a przy okazji mnóstwo wody rozchlapiemy. W mżawce możemy chodzić godzinę z naszym wiaderkiem i niewiele zdziałamy. Podstawowym parametrem łapania odpowiedniej ilości wody z otoczenia (naświetlania) jest więc czas.

Zacznijmy zatem od czasu. W pierwotnym modelu aparatu, czyli kamerze otworkowej, jest tylko dziurka w puszce z materiałem światłoczułym. Przez tą dziurkę musimy złapać odpowiednią ilość światła. Mamy więc określonej wielkości wiaderko i rożne źródła wody dookoła. Piękny, słoneczny dzień to odpowiednik wodospadu, ciemne pomieszczenie, to woda lecąca małym strumykiem z kranu. Dlatego też, gdy jest jasno, nasze czasy napełniania wiaderka (naświetlania) są krótkie, a gdy ciemno – długie. Proste, ale nie bezproblemowe.

Pierwszy problem to jak długo mamy trzymać wiaderko, żeby się napełniło. W przypadku prawdziwego wiaderka po prostu to widzimy, w przypadku aparatu nasze wiaderko jest schowane w jego wnętrzu, tak aby osłonić je przed niepożądanymi źródłami wody. Kiedyś istniała zasada „słońce 16„, czyli wystawialiśmy nasze wiaderka „na oko”. Dzisiaj mamy światłomierze (wodomierze ;-)) wbudowane w aparat, które mówią nam jak długo mamy w danych warunkach trzymać nasze wiaderko pod danym źródłem wody. Czyli problem z głowy? Niestety nie.

Gdy wody jest bardzo mało wiaderko trzeba trzymać bardzo długo. A gdy trzymamy coś długo, po prostu drżą nam ręce. To pierwszy problem w łapaniu wody do wiaderka, czyli robieniu zdjęć. Trzymamy wiaderko pod kranikiem, woda powolutku leci, ręce nam się męczą, wiaderko się rusza. Coś się rozchlapie, przez chwilę nie łapiemy wody, bo nie trafiamy wiaderkiem w strumień itd. Co zrobić?

Najłatwiej postawić wiaderko na stoliku (statywie). Nic się nie rusza, wiaderko może stać choćby godzinę, a woda spokojnie do niego spłynie. Drugie rozwiązanie to kupno lepszego, dużego wiadra (jasny obiektyw, ale o tym później).

Uważni czytelnicy pewnie już zauważyli, że alegoria wiaderka nie jest idealna, bo oznacza tylko jeden punkt obrazu (biały, szary, czarny – dla uproszczenia mówię odcieniami szarości, bez koloru). W przykładzie z jednym wiaderkiem nie powinno mieć znaczenia ruszanie, bo co za różnica skąd się leje i czy nam się coś wyleje, ważne żeby wiaderko się napełniło. W rzeczywistości jednak nie łapiemy wody z jednego strumyczka do jednego wiaderka. Każdy punkt obrazu to jedno wiaderko. Jeżeli nasza matryca w aparacie ma 12 megapikseli to mamy 12 milionów wiaderek, z których każde ma wypełnić się w odpowiedniej ilości wody (np. mają być puste dla oddania źrenicy oka, pełne dla oddania białek i wypełnione w rożnych ilościach dla oddania odcieni skóry). Ponadto łapiemy wodę z wielu strumyków (skąpo kapiących z ciemnych miejsc i lejących się z miejsc jasnych).

Wykonywanie zdjęć jest wiec łapaniem wody z wielkiej chmury (otoczenia) do milionów wiaderek przymocowanych do palety (matryca). Wody tej trzeba nałapać tyle, żeby wiernie oddać natężenie wody padającej z chmury w dany punkt na ziemi (takie zaawansowane pomiary meteo). Trzymamy taką paletę nad głową i czekamy, żeby w miejscach gdzie pada najwięcej deszczu wiaderka napełniły nam się do pełna, tam gdzie opady są średnie wody było proporcjonalnie mniej, a tam, gdzie prawie nie pada, wiaderka były puste. Tu pojawiają się kolejne problemy.

Pierwszy to poruszanie naszym zespołem wiaderek. Chyba jasno już widać, że gdy będziemy ruszać naszą paletą otrzymamy zafałszowane wyniki pomiaru natężenia opadów (poruszone zdjęcia). Dzieje się tak, gdy obok siebie są miejsca na chmurze, z których pada mocno i słabo. Wtedy jedno wiaderko powinno być pełne, a drugie obok prawie puste. Jak poruszymy naszą paletą, to mocny strumień może zacząć się wlewać do wiaderka obok, które miało być puste. Czyli mamy już pierwszą możliwość zafałszowania wyniku (łatwo zobaczyć to na poruszonych zdjęciach nocnych, gdy z punków światła robią się smugi).

Drugi problem, to odpowiedni czas wystawiania wiaderek na deszcz. Pamiętajmy, że wiaderka mają być napełnione w sposób oddający natężenie deszczu. Jeżeli będziemy je trzymać zbyt długo pod chmura, to w końcu wszystkie się wypełnią. Te co miały być pełne, takie pozostaną (nadmiar wody się z nich wyleje), te jednak, które miały być pełne w połowie lub wcale, też będą napełnione w całości, co da nam fałszywą informację o wysokiej intensywności opadów (zdjęcie prześwietlone, na którym nawet szare obiekty są białe, a czarne szare). W odwrotnej sytuacji, gdy będziemy stali z naszymi wiaderkami za krótko, wiaderka, które miały być pełne, nie zdążą nałapać wody (zdjęcie niedoświetlone, na którym wszystko jest czarno-szare).

To jak długo mamy stać z wiaderkami zależy od ich wielkości (czułości matrycy), a to jaka jest różnicą między stanem pełnym a pustym oddaje dokładność pomiaru (rozpiętość tonalną obrazu). Duże, płytkie wiaderka (wysokoczułe) łatwiej łapią wodę, a głębokie wiaderka pozwalają łatwiej oznaczyć różnicę między rożnymi stanami napełniania. Uniwersalne wiaderka, są kompromisem dostosowanym to typowych warunków pogodowych (oświetleniowych).

Na koniec dzisiejszego odcinka trochę konkretów:

– Jak długi jest „długi czas”? – Typowy człowiek może utrzymać nieruchomo aparat przez czas około 1/30 sekundy. Dokładniej rzecz ujmując, jesteśmy w stanie utrzymać aparat przez 1/(ogniskowa obiektywu) sekundy, tak aby wykonany obraz był nierozmazany. Dla obiektywu 50mm, jest to więc ok. 1/60 s, dla obiektywu 35mm, jest to ok. 1/30 s, a dla obiektywu 105mm, to ok. 1/125 s. Jak widać czasy te są bardzo krótkie, czasem zbyt krótkie do poprawnej rejestracji obrazu. Dlatego tak często warto stosować statywy lub inne podpórki.

– Jak duże jest „uniwersalne wiaderko”? – Czułość typowych elementów matrycy światłoczułej to około 100ISO. Umożliwia ona wykonanie zdjęcia średnio jasnym obiektywem (ok. f/8), w typowy, średnio zachmurzony dzień, używając „bezpiecznej” długości czasu ekspozycji ok. 1/125 s.

– A co z kolorem? – Każdy kolor ma swoje osobne wiaderko. Jedno wiaderko może zmierzyć tylko natężenie jednego koloru, albo wszystkich kolorów wymieszanych razem (jak w fotografii czarno-białej). Dlatego też jeden punkt obrazu to w rzeczywistości minimum trzy punkty oddające natężenie kolorów podstawowych dla obróbki cyfrowej (czerwonego, zielonego i niebieskiego – RGB).

O przysłonach, czułościach, obiektywach, lampach błyskowych opowiem w dalszych częściach.

Czytaj dalej: Fotografia dla początkujących, a nawet opornych (Część 2)

© Adam Dzidowski 2011

The Sound Office: Katarzyna Pakowska

The Sound Office: Katarzyna Mirowska

Kinetografia

Jakiś czas temu, w notatce „Granice filmu i fotografii” poruszyłem temat zacierania się granic pomiędzy filmowaniem a fotografowaniem. Już od wielu lat chodziła za mną forma pośrednia, czyli coś w rodzaju mini filmów, dwu-trzy sekundowych urywków rzeczywistości. Chyba wiecie o czym mówię. W filmach science fiction takie ruchome obrazy występują w gazetach przyszłości. A to w postaci ruchomego portretu ściganego Toma Cruise w „Raporcie mniejszości”, czy też krzyczącego Garego Oldmana z listu gończego zawieszonego na słupie ogłoszeniowym w uniwersum Harrego Pottera (jakoś tak wyszło, że oba przykłady dotyczą ściągania zbiegów :-)).

Gdybym miał określić wyróżniki formalne tego nowego medium, to chyba byłaby nim niezmienna perspektywa znana z fotografii (brak zmiany pozycji kamery) i ruch znany z filmu (samego filmowanego obiektu).

Jak to bywa, ktoś inny też wpadł na ten pomysł i już go zrealizował. Póki co w ogólnodostępnej, a wręcz staroświeckiej, jak na współczesny Internet formie, czyli animowanych gifów. To kinetografie, czyli fotografie, w których pewne elementy poruszają się w zgrabnie zapętlonej animacji. Oto przykład:

Fot. Jamie Beck

Fot. Jamie Beck

Więcej przeczytacie tutaj:

The Sound Office: Ania Rejda

The Sound Office: Olga Olech

O fotografii – artystycznie

W poprzednim wpisie przedstawiłem dwa blogi dotyczące zarobkowego wymiaru fotografii. Dla równowagi dodaję więc dwa projekty, prowadzone w celach promowania twórczości fotograficznej.

Pierwszy z nich, to strona Pietera Wisse, który postanowił przedstawić 500 fotografów z całego świata (5 na tydzień, przez 100 tygodni). Powstaje w ten sposób bardzo zróżnicowane, ale też bardzo ciekawe zestawienie.

Drugi projekt, to stworzony przez Andy Adamsa serwis promujący pojedyncze zdjecia rożnych  fotografów –  FlakPhoto.com. Szczególnie ciekawe jest stworzone na podstawie jego archiwów zestawienie 100 portretów.

Jeżeli ktoś chce poczytać o fotografii w ujęciu artystyczno-krytycznym, to kilku ciekawych linków dostarcza ten wpis (w którym autor stworzył też model opisujący blogi fotograficzne):

P.S. Jeżeli ktoś zna analogiczne polskie projekty, blogi i artykuły, to proszę umieszczać odnośniki do nich w komentarzach.

O fotografii – komercyjnie

Dla wielu cechą definicyjną fotografa profesjonalnego jest fakt zarabiania pieniędzy. Dla mnie profesjonalistą jest ten kto umie osiągnąć pożądany efekt niezależnie od warunków, jakie napotyka i bierze odpowiedzialność za to co robi. Tak, czy siak, profesjonalistą w fotografii wcale nie jest łatwo zostać. Ale warto się starać, bo jak to mówił Terence Donovan – „The problem for an amateur is that he/she has no reason to take a photograph”. Nie da się ukryć, że pieniądze oraz wymagania i ograniczenia stawiane przez klienta są bardzo dobrymi motywatorami. Chociaż z drugiej strony, zawodowstwo często oznacza wybieranie rozwiązań bezpiecznych, rzemieślniczo poprawnych, czyli takich, które dają gwarancję minimalnego zadowolenia klienta.

Jak kogoś bardziej interesuje zawodowa strona fotografii, to trafiłem ostatnio na dwa blogi, na których można poczytać wywiady z fotografami, albo też przemyślenia z życia fotoedytora (w tym realne wyceny zleceń fotograficznych na rynku amerykańskim):

Bardzo trafny cytat

„Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista o kompozycje, a artysta o światło.”

via mojaszuflada.wordpress.com

w innej wersji:

„Amator martwi się o sprzęt, profesjonalista martwi się o kasę, a mistrz martwi się o światło.”

też dobre.

Granice filmu i fotografii

Od czasu to czasu wpisuję w przeglądarkę adres internetowy „The New York Times„. Trochę z ciekawości „innego świata”, trochę w nadziei, że znajdę jakąś sensowniejsza publicystykę, czy zdjecia. Traf chciał, że adres NYT wpisałem wczoraj i z marszu znalazłem coś niezwykle wizualnie ciekawego. „The Hollywood Issue – 14 Actors Acting” to zbiór czternastu krótkich filmów, ze szczególnie uznanymi aktorami w roku 2010, którzy odgrywają „klasyczne postacie z ekranu”. W całym tym przedsięwzięciu jest coś szczególnie magnetyzującego dla fotografa. Całość jest niczym innym, niż „rozszerzonym portretem”, rodzajem przekroczenie ograniczeń 1/125 sekundy i gładkiego przejścia ze sfery fotografii, w sferę filmu. Te filmowe portrety są zresztą klasycznie oświetlone, czarno-białe i bardzo oszczędne w środkach wizualnych.  Całym nośnikiem emocji jest gra aktorska.

Już podczas ich oglądanie pomyślałem, że wystarczy nacisnąć pauzę, żeby otrzymać świetny portret. Jak się zaraz później okazało, klasyczne portrety też były częścią tej sesji (The Scene Makers). W tym momencie zacząłem zastanawiać się nad granicą między fotografią i filmem. Warsztatowo i techniczne są one sobie bardzo bliskie, zawsze jednak były osobnymi mediami. Teraz, gdy lustrzanki cyfrowe posiadają funkcję filmowania w rozdzielczości HD,  niektórzy twórcy wybierają aparaty cyfrowe, zamiast kamer filmowych, a granica zaczyna się zacierać. Canon, w swoim futurystycznym projekcie Canon Wonder Camera,  już myśli o całkowitym zniesieniu różnic między kamera filmową a aparatem. Jakość wideo będzie po prostu tak wysoka, że jako zdjecia będzie można zapisywać pojedyncze klatki filmu (przypominam że współczesne Full HD to zaledwie 2MP, czyli rozdzielczość wystarczająca na odbitki 10×15).

Wracając jednak to teraźniejszości i faktu, że współcześni filmowcy wykorzystują lustrzanki cyfrowe jako kamery oferujące kinową jakość (to kwestia głębi ostrości i plastyczności obrazu, która nie jest możliwa do osiągnięcia w amatorskich kamerach wideo), warto odnotować, że trend ten jest już całkiem poważny. Bardzo ciekawe materiały na temat profesjonalnego filmowania lustrzankami cyfrowymi można znaleźć na blogu „FILM CYFROWY” (nomen omen, właśnie zauważyłem, że jego autor też przywołuje projekt z NYT i to z kilkoma dodatkowymi szczegółami).

Dodajmy do tego wszystkiego jeszcze fotokasty, a różnica między filmem i fotografią w ciągu najbliższych lat ulegnie całkowitemu przedefiniowaniu.

Historia, zasady i reguły fotoreportażu

Poszukując ostatnio materiałów na temat fotoreportażu, natrafiłem na kilka ciekawych stron. Szukałem nie tyle przykładów zdjęć reporterskich, czy profili fotoreporterów, których mnóstwo można znaleźć sieci, ale raczej materiałów na temat historii i zasad komponowania fotoreportażu. Oto co znalazłem:

i chyba najciekawszy artykuł, w którym można znaleźć wiele ciekawych porad, dodatkowo zilustrowanych zdjęciami aurora:

Polecam.

Duży plus dla min.us’a

Bardzo lubię proste i funkcjonalne rozwiązania, chociażby takie, jak niedawno opisywany serwis Yogile. Okazuje się, że zdjęcia w internecie można umieszczać jeszcze prościej. W sieci pojawił się bowiem serwis „min.us„. Dodawania zdjęć do niego polega na wejściu na stronę główną i przeciągnięciu na nią (sic!) plików ze zdjęciami. I tyle. Żadnego logowania, formularzy do upload’u. Przeciągniecie plików, które powinno działać w większości nowoczesnych przeglądarek, automatycznie tworzy nam estetyczną galerię, z dwoma linkami – do edycji i do udostępniana.

Adresem do edycji możemy przestawiać, dodawać i usuwać zdjęcia. Jeżeli chcemy zapanować nad kilkoma galeriami, serwis oferuje możliwość rejestracji, ale nie jest to konieczne. Ograniczenia do 7MB na zdjęcie i 50 zdjęć w galerii, ale czego chcieć więcej za darmo. Serwis cały czas się rozwija o nowe funkcje, więc warto śledzić jego rozwój.

Wojciech Mecwaldowski (wygrzebane z archiwum)

Trzymając kciuki za rozwijającą się karierę Wojtka Mecwaldowskiego, przypomniałem sobie, że w moich zakurzonych katalogach leży kilka jego niepublikowanych zdjęć. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć jak wyglądał 5 lat temu oto one. A wszystkim lubiącym tego aktora szczególnie polecam jego rolę w „Rzeźni numer 1”, offowym filmie Dominika Matwiejczyka z 2006 roku.


Blog Stats

  • 2,260,453 hits

%d blogerów lubi to: