Kilka miesięcy temu, porządkując piwnicę znalazłem cztery rolki filmu. Jeden Kodak Tri-X 400 i trzy Agfy RSXII 50. W czeluściach piwnicy czai się jeszcze chemia Agfy i Tetenala, powiększalnik, kuwety i inne utensylia związane z tradycyjną obróbką zdjęć. Ach ten Tri-X w D-76 1+1. Czerwone światło lampy ciemniowej. Niepowtarzalny moment pojawiania się obrazu na papierze zanurzonym w wywoływaczu. Dzisiaj nie ma już takiej nostalgii, jak kiedyś ;-)

Kilka tygodni temu przeczytałem z kolei tą wiadomość – Młodzi wracają do aparatów analogowych. Szczerze mówiąc nie zdziwiłem się bardzo. Starych do klasyki pcha nostalgia, młodych nonkonformizm. Dodatkowo zaś – ” (..) aparaty cyfrowe są dobrze zadomowione na rynku od 10 lat i olbrzymia część młodzieży nigdy nie robiła zdjęć na filmie. Film jest dla nich nowością i przez to stanowi atrakcję”.
Kilka dni temu spotkałem zaś kolegę fotoreportera, z gatunku tych co regularnie wymieniają migawki w swoich aparatach, gdy te znowu dobrną do granic swoich przebiegów. Siedział na murku z tradycyjnym aparatem i polował na moment. Polował, a nie pstrykał, bo tak jak myśliwy miał ograniczony zapas amunicji (młodzieży przypominam, że rolka filmu małoobrazkowego ma 36 klatek). Gdy zapytałem, jaki to film odpowiedział, że nawet nie do końca pamięta, że coś z przeceny za kilka złotych. W końcu, gdyby chciał perfekcyjnej jakości wziąłby cyfrę. W tradycyjnej kliszy szuka zaś niedoskonałości, nawet tych wynikających z przeterminowania.
Nie wiem jeszcze co zrobię z moim znaleziskiem. Nie pociąga mnie, tak modna dzisiaj estetka Łomografii, czy symulujące je filtry z Instagrama i Hipstamatica. Nie przeszkadzają mi, bo zawsze uważałem, że fotografia ma być źródłem zabawy, ale to nie to. Szybkie focenie odjechanych zdjęć daje jednak czystą, grafomańską przyjemność, której sam nieraz ulegałem. Może po prostu załaduję film do aparatu i wyjdę na miasto. Jedyny problem to późniejsza obróbka. Ze slajdem Agfy problemów być nie powinno. Do Tri-X’a trzeba by odkurzyć koreks. Tylko, czy jeszcze mi się chce? W końcu, żeby pochwalić się efektem i tak będę musiał filmy zeskanować. Koło się zamknęło. Nawet audiofile powoli przekonują się do muzyki zapisywanej w formacie MP3, ACC, czy FLAC.
Cyfra ma przecież wiele zalet. Brakuje jej jednak dwóch niegdysiejszych wad analoga, które teraz stały się jego zaletami. Te dwie wado-zalety to nieprzewidywalność i celebracja.
A czy wyjdzie? A co by było gdyby? Skończyła się rolka, ale może to i dobrze? Gdzie mój słoik z filmami, przecież stał w lodówce obok mleka? D-76, czy ID-11? Ludwik, czy Fotonal? Postukać w koreks, czy jeszcze zamieszać? Czy ktoś się kąpie, bo muszę zaciemnić łazienkę? Gdzie są żabki i sznurek do rozwieszenia odbitek? Dajcie to mleko, bo mi opary chemii gardło sponiewierały!

Bardzo ciekawy tekst, aż tak że mnie inspiruje. Chciałbym spróbować, tyle że nie od razu – czy do tego potrzebna jest szkoła? Myślę, że tak – ale czy takie jeszcze istnieją? Czy sprzęt w który zainwestuje (wiadomo że nie nowy) czy bedzie sprawny i czy mnie nie zawiedzie? Chciałbym w to wejść, spróbować. Posiadam C550D,ND40 i co z tego jak powiem że na 50000 zdjeć wyszło kilkaset super – prawdą jest czy w tym pstrykaniu jest sens. Prawdą jest że wydrukowałem z nich około 1000 – i to tylko te zwykłe rodzinne. Tak więc myślę, że analog jest potęgą – jest myślą, wiedzą, sposobem na życie – a nie tylko szybkie zgrywanie,kasowanie, poprawianie w photoshopie i myślenie że już jest się artystą. Nowoczesność robi się nudna i zbyt łatwa. Pozdrawiam
Ostatni kupiłem sobie analogowego Pentaxa MX i przekonałem się, że każde naciśnięcie spustu migawki to istna celebracja. Fotografia analogowa wspaniale uczy pokory do kadru..
Pozdrawiam.